Być Tatą

Trzy razy dowiadywałem się, że zostanę ojcem. Niestety udało mi się nim zostać dla dwójki. Każde z moich dzieci jest wcześniakiem. Zarówno syn i córka urodzili się dokładnie w tym samym, 32 tygodniu ciąży. Za każdym razem było to dla nas ogromne zaskoczenie, bo nic w ciąży nie zapowiadało wcześniejszego porodu. Dzieci same decydowały, że chcą nas spotkać wcześniej. 

Pierwszy raz 

Żona źle znosiła nową sytuację. Wyrzucała sobie, że coś musiała zrobić nie tak, skoro książkowa ciąża kończy się 2 miesiące wcześniej. Musiałem nagle dawać wsparcie, pocieszać mimo że wydawało mi się, że nie umiem tego robić. Musiałem wycierać łzy choć sam miałem gulę w gardle. Ale daliśmy radę. Byłem dumny z żony, że odnajduje się w roli mamy i dumny z siebie, bo ja też angażowałem się na maksa i syn był moim oczkiem w głowie. Niestety najtrudniejszy egzamin z rodzicielstwa zdawaliśmy później. Mimo, że syn urodził się wcześniej o całe osiem tygodni, to był duży (2800g) i silny. Lekarze mówili nam, że jest dobrze, nawet bardzo. Bez większych przygód na oddziale. Szybko wyszliśmy do domu. Dostaliśmy wprawdzie sporo skierowań, ale jednocześnie z taką informacją, że to takie rutynowe rzeczy dla wcześniaka. Bo przecież nic się nie działo niepokojącego. Syn ssał pierś, rósł jak na drożdżach. Rzeczywiście miał jeden incydent z bezdechem na oddziale, ale sytuacje szybko opanowano i potem nic się nie działo. Te wszystkie informacje uśpiły niestety naszą czujność. Dziecko okazało się dość płaczliwe. Pierwsza wizyta u neurologa i uspokojenie: tak może być, bo wcześniaki są bardziej wymagające. Zalecenie: kangurować, przytulać się. Robiliśmy to obydwoje, ale efekty mizerny. Kolejna wizyta lekarska. Nasz niepokój, że syn jest nadal płaczący, ale też taki sztywny, ciężko nam go ubierać, kąpać. Informacja zwrotna: pewnie to brzuszek. Tak się zdarza. Masować brzuszek. Robiliśmy to. Efekt? Niestety żaden. Takich wizyt było jeszcze kilka przez 6 miesięcy życia Młodego i za każdy razem uspokajanie nas. Żona mimo iż do tej pory starała się nie czytać internetu, nie szukać tam informacji, zaczęła pytać inne mamy wcześniaków. I tam usłyszeliśmy o nieprawidłowym napięciu, o problemach neurologicznych, o rehabilitacji. Poczuliśmy strach, bo wiele opisanych sytuacji i dolegliwości pasowało do naszego syna. Tam też dostaliśmy namiary na fizjoterapeutkę. Pierwsza wizyta i informacja, że czemu tak późno, że nie może obiecać nam zbyt wiele, że się nie podejmie. Może dać nam telefon do koleżanki, może ona się podejmie. Trochę nieufni zadzwoniliśmy i spotkaliśmy się. Tym razem zagrało. Pani powiedziała, że syn potrzebuje terapii. Powiedziała jaki problem widzi, chociaż nie mówiła nic o diagnozie. Prosiła jedynie o konsultacje u innego neurologa. Dostaliśmy ćwiczenia, które mieliśmy robić codziennie. Poprawę widzieliśmy po kilku dniach i to znów uśpiło naszą czujność. Pracowaliśmy, ale fizjoterapeuta prosiła nadal o konsultacje, bo jej się nie podoba kilka rzeczy. Byliśmy trochę źli, że nalega, ale poszliśmy. Neurolog powiedział nam, że każde dziecko jest inne, że to jest wcześniak więc ma prawo tak się zachowywać i kontrola za 6 miesięcy. Niby super, ale kiedy przez kilka dni nie było ćwiczeń nasz syn jakby zapominał czego się nauczył. Kiedy był osłabiony znów widzieliśmy zmianę na minus. I ta fizjoterapeutka, która mówiła nam żeby skontrolować dziecko u kogoś innego. Pojechaliśmy do stolicy, do lekarza którego nam poleciła. I tam przeżyliśmy chyba większy stres niż wtedy kiedy syn się urodził. Diagnoza- mózgowe porażenie dziecięce. 

Co czułem? Złość, przede wszystkim złość. Miałem ochotę odwołać wizyty rehabilitantki, pokazać wszystkim, że mój syn jest normalny (tak to nazywałem wtedy). Żona? Płakała. Płakała tego dnia i kilka kolejnych. I pytała czy syn wyzdrowieje? Rehabilitantka na wizycie powiedziała, że tak przypuszczała, ale teraz wiemy z czym walczymy i że praca, praca i jeszcze raz praca. Teraz po kilku latach wiem, że miała racje. Syn rozwija się i zaskakuje. Chodzi choć niedoskonale. Buzia mu się nie zamyka i ogólnie jest bardzo radosnym dzieckiem. Poza tym jest bardzo cierpliwy i wytrzymały. Na rehabilitacji daje z siebie 100% jak rasowy sportowiec. Jesteśmy z niego bardzo dumni. Po kilku latach zdecydowaliśmy, że nasz syn potrzebuje rodzeństwa, że my jesteśmy gotowi na kolejną ciąże i małe dziecko. Po kilku próbach udało się. W 19 tygodniu ciąży okazało się, że będziemy mieli córkę. Cały czas czujemy z żoną niepokój, że może nas spotkać powtórka z rozrywki i nasze dziecko urodzi się wcześniej. Lekarze uspokajają. Wszystko jest świetnie. Do czasu 32 tygodnia. W nocy odchodzą żonie wody i za 3 godziny na świecie jest Ona. Czy jest łatwiej? Myślę, że trudniej. Bo stale towarzyszy nam lęk, że czeka nas ponownie wyzwanie jakim jest niepełnopoprawność dziecka. Na turnusach, rehabilitacjach spotykaliśmy rożne dzieci, bardziej niepełnosprawne od naszego syna i teraz boimy się, że taki los może nas spotkać. Na OIT nie jest dobrze. Mała ma trudności z oddychaniem, trzeba jej pomagać. Wyniki badań też nie są dobre. Córka nie chce ssać piersi i dostaje butelkę. Nam rodzicom czarny scenariusz staje przed oczami. Tym razem wiemy co robić. Oprócz wizyt – okulista, neurolog, kardiolog, hematolog, pulmonolog, gastrolog i lekarz rehabilitacji , mamy od początku rehabilitacje. I tu jest zmiana. Nasza fizjoterapeutka mówi nam, że spokojnie, że tylko monitorujemy, że intensywna terapia nie jest potrzebna. Jak to? Przecież teraz start był trudniejszy i przygód więcej. Ale już ufamy. Staramy się nie panikować i stosować się do zaleceń . I cały czas dostajemy informacje, że jest dobrze nawet bardzo. I tak jest. Mamy zdrową córkę. Biega, skacze, trajkocze jak szalona, ma milion pomysłów i bardzo wspiera brata. Jest w nim zakochana. 

Czego mnie nauczyło moje wcześniacze rodzicielstwo? Że każde jest inne. Że każde dziecko potrafi zaskoczyć bardzo pozytywnie. Że każde ma potencjał. Że potrafię walczyć o moją rodzinę. Że jestem wielozadaniowy: mogę pomagać żonie, mogę budować dom, mogę być trenerem własnego dziecka, umiem ustalać priorytety. Że jednocześnie jestem silny i słaby, bo ich cierpienie, strach o nie wywołuje te skrajne emocje. Że zdaje egzamin z rodzicielstwa najlepiej jak potrafię. 

Tata Matiego (32tydz) i Amelki (32tydz)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *